1 listopada 2014

[04] Chapter Fourth Part I (First Season)

Z kłamstwami są same kłopoty.
Trzeba smakować każde słowo, zanim człowiek je wypuści z ust…

~ Jonathan Carroll
~***~

         Jasne poranne, słońce wpadało przez uchylone okno do jej sypialni i raziło ją w oczy, przez co zmrużyła mocno powieki, przekręcając się na drugą stronę. Ułożyła dłonie pod głową, składając je ze sobą i przyciągnęła nogi do siebie, mamrocząc cicho obelgi pod adresem największej z gwiazd. Wczoraj koło trzeciej w nocy, kiedy parkowała samochód, dostała wiadomość z wytycznymi od Malika – miała założyć coś, w czym mogłaby łatwo uciekać, w razie jakiegokolwiek wypadku i kilka ciuchów na zmianę. Za jakiś czas miał pojawić się Tomlinson, którego zadaniem było pilnowanie jej, aby nie popełniła żadnego błędu, albo – co gorsza dla reputacji Malika – nie uciekła z towarem, który mieli dostarczyć. Irytowały ją te wszystkie podejrzenia i fakt, że będzie musiała się męczyć z jednym z najbliższych przyjaciół. Jednak, mimo wszystko, nie dziwiła się jego ostrożności. Przecież już nie raz była cieniem dla jakiegoś małolata, prosto po szkole, który na początku zgrywał wielkiego bohatera, a ostatecznie okazywało się, że jest największym tchórzem, jakiego do tej pory spotkała. Denerwowało ją takie zachowanie, ponieważ z takimi ludźmi, którzy uważali się najlepsi i najważniejsi we wszystkim, praktycznie w cale nie dało się dogadać i, jak przychodziło co do czego, nawet nie wysilali się na kiwnięcie palcem, żeby w czymkolwiek pomóc. Dlatego, gdy już okazywało się, że ma sprawdzić kogoś, kto chce się do nich dostać, nie stosowała żadnych ulg. Wszystko, każde zadanie, musiał wykonywać perfekcyjnie i, co najważniejsze, od początku do końca samodzielnie. Nie ukrywała, że czasami odreagowywała na nich gorsze dni, ale wiedzieli na co się piszą.

         Podniosła się z łóżka z cichym westchnieniem, kiedy zegar w salonie, który dostała od swojego ojca, wybił wpół do piątej. Przespała zaledwie półtorej godziny i zdecydowanie odczuwała tego niepożądane skutki. Podniosła się niechętnie ze swojego łóżka i przeciągnęła krzywiąc mocno, kiedy jej kości strzeliły nieprzyjemnie w kilku miejscach. Podeszła do szafy zaspanym krokiem, po czym wyjęła z niej białą bokserkę, dżinsowe spodnie oraz bluzę, naciąganą przez głowę, w czarnym kolorze. Pod nią nałożyła jeszcze tylko kaburę z dwoma pistoletami. Splotła włosy w warkocz, chowając go pod kapturem. Po raz kolejny przejrzała się w lustrze, krzywiąc się Mosno, kiedy dostrzegła pod swoimi oczami ogromne sińce, spowodowane zmęczeniem. Mozolnym krokiem udała się do kuchni, w której wzięła jedno jabłko z koszyka i opłukała je dokładnie, zanim wzięła pierwszy kęs. Nie miała najmniejszej ochoty na jedzenie, jednak wiedziała że musi czymś zapełnił żołądek, aby nie zemdleć. Cassandrze zdarzało się czasami w biegu zapomnieć o jakimś posiłku, za co za każdym razem zostawała zrugana przez Samuela, który natychmiast ogłaszał przerwę w pracy i zabierał ją na obiad. Jęknęła cicho, kiedy zauważyła przez okno czarny, bardzo drogi samochód. Zatrzymał się przed wejściem do jej klatki, dlatego domyśliła się, że na nią czas.

         Zgarniając po drodze sportową torbę, do której schowała ciuchy na zmianę, wyszła z mieszkania, zamykając w drzwiach wszystkie zamki. Wiedziała, że jeżeli ktokolwiek będzie chciał wejść do środka nie będzie miał z tym najmniejszego problemu, dlatego większość swoich notatek wywiozła do mieszkania Samuela, ostrzegając go że jeżeli zgubi chociażby jedną teczkę, gorzko tego pożałuje. Zbiegła po schodach, mocniej naciągając kaptur na głowę. Kiedy wyszła z klatki, automatycznie rozejrzała się na obie strony, wsuwając dłonie do kieszeni w bluzie. Tak naprawdę nie wiedziała, dlaczego to robi. Od tak, z głupiego przyzwyczajenia. Weszła do pojazdu przez drzwi, które otworzył mężczyzna w środku, nawet nie wychodząc na zewnątrz. Nie zapinała pasów bezpieczeństwa. Na początku nie wiedziała co ma ze sobą zrobić – w końcu nie wiedziała, jakim stosunkiem obdarzył ją Tomlinson, dlatego postanowiła nie odzywać się jako pierwsza.

— Siemano – powiedział Louis, wyraźnie rozbawiony jej zmieszaniem. Mężczyzna długo zastanawiał się, dlaczego Willson, o której bardzo dużo nasłuchał się od Malika, postanowiła zrezygnować ze swojego, prawdopodobnie, spokojnego życia.

         W odpowiedzi skinęła głową, powstrzymując głośne ziewnięcie. Przymknęła oczy, przykładając wierzch dłoni do swoich ust i podniosła zmęczone spojrzenie na swojego towarzysza, przyglądając mu się przez chwilę uważnie. On również miał na sobie bluzę, jednak kaptur opuścił na plecy. Jego włosy były rozczochrane i lekko przydługie jak na jej gust. Widać po nim było, że on postanowił wziąć sobie do serca słowa o wczesnej pobudce i położył się spać znacznie wcześniej niż ona.

— Czy jeżeli zasnę na chwilę, to będą z tego jakieś wielkie konsekwencje? — zapytała cicho, zdejmując buty ze stóp. Zgięła jedną nogę w kolanie, przyciągając ją do siebie. Chociaż pierwotnie planowała nie zmrużyć przy obcym człowieku oka wiedziała, że jej postanowienie zbyt długo nie potrwa. Była tak zmęczona, że zaczynała kiwać się w przód i w tył.

— Malik nie lubi, kiedy jego ludzie śpią, albo są niewyspani, podczas wypełniania zadania — powiedział, ruszając z miejsca i po woli włączając się do ruchu drogowego. Jak na razie nie miał powodów, żeby łamać wszystkie przepisy. Przecież nigdzie mu się nie spieszyło. Zawsze mogli wrócić chwilę później. Doprowadzanie Zayna do szału należało do jego hobby.

— Rozumiem — mruknęła niezadowolona, prostując plecy i odpierając głowę na dłoni, zaczęła wpatrywać się coraz bardziej rozmazanym wzrokiem w przednią szybę. Czuła, że musi coś zrobić, żeby nie usnąć, dlatego bez pytania o pozwolenie włączyła radio na pierwszej lepszej stacji muzycznej i pogłośniła ją. Miała nadzieję, że przed wylotem zatrzymają się na jakąś kawę.

— Malika tutaj nie ma — szatyn zaśmiał się cicho, stając na czerwonym świetle. Popatrzył na kobietę, przyglądając jej się przez chwilę z nieukrywanym zaciekawieniem. Musiał przyznać, że była naprawdę ładna. Nawet ze zmęczeniem wyraźnie wymalowanym na twarzy i kapturem, zasłaniającym jej prawie całą twarz. Miała coś w oczach, które były łudząco podobne do oczu jego przyjaciela. Odwróciła w jego kierunku znudzony wzrok, czując na sobie badawcze spojrzenie Louisa.

— Ale ty zrobisz wszystko, żeby dowiedział się o tym, w jakim jestem stanie — mruknęła pod nosem, wzruszając obojętnie ramionami. Trening z Samuelem może i był pomocny, ale mogła go przełożyć na inny termin.  Poza tym nie chciała z nim rozmawiać, ale czuła że to może jej pomóc. Mogła przecież zająć czymś swoje myśli, aby nie uciekały co chwilę w kierunku wygodnego łóżka, które musiała zostawić na jakiś czas samopas.

— Nie każdy w naszej zorganizowanej grupie przestępczej jest jak Malik — musiała przyznać, że nie rozumiała rozbawienia Tomlinsona, a jego śmiech zaczynał ją drażnić. — Niektórzy są optymistycznie nastawieni do życia. Jak dla mnie możesz przespać całą podróż. Słowo gangstera, że nie nakabluję na ciebie do szefa, jeśli tylko ty też wyświadczysz mi przysługę i nie będziesz za bardzo problematyczna.

— Jak nazywa się ten koleś? — zapytała dla zmiany tematu. Zdjęła kaptur i podciągnęła bluzę do góry, kiedy przez ogrzewanie w samochodzie poczuła drobne kropelki potu na plecach. Zawahała się przy rozpinaniu kabury. Nie wiedziała tak naprawdę, czy za chwilę nie będzie jej potrzebna. Na ludzi Malika polowało wiele osób; szczególnie w Nowym Yorku.

— Spokojnie, możesz zdjąć — zapewnił, zerkając na nią kątem oka. — Mężczyzna, do którego lecimy nazywa się Andrew Wabb. Podobno jest znanym dilerem w Anglii, ale tak naprawdę nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Zayn z resztą też – wytłumaczył, przyspieszając kiedy wjechali na autostradę za Londynem.

         Cassandra z cichym westchnieniem ulgi odrzuciła pistolety na tylne siedzenie obok walizki z towarem i broni Louisa. Odetchnęła cicho, rozsiadając się w fotelu. Zamknęła oczy i zasnęła po kilku minutach, wsłuchując się w cichy szum silnika.

~***~

         Cała droga zajęła im około pięciu godzin, które kobieta w całości przespała. Cassie westchnęła cicho, kiedy po przebudzeniu zdała sobie sprawę, że mają godzinę siódmą rano. Do umówionego spotkania zostało im jeszcze dwanaście długich godzin, które zapowiadały się nudno i nużąco. Wyjechali z lotniska i skierowali się w zupełnie nie znane jej miejsce. Popatrzyła na niego pytająco, rozprostowując obolały kręgosłup. Nigdy wcześniej nie opuszczała Ameryki, nawet kiedy miała do załatwienia coś na zupełnie innym kontynencie. Po prostu wysyłała tam kogoś i instruowała kogoś przez telefon, ewentualnie Internet, przy niewielkiej pomocy ze strony Rossiego.

— Nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny i chcę coś zjeść — powiedział, skręcając do pierwszej restauracji, jaką minęli po drodze. Zaśmiała się pod nosem, kładąc dłoń na brzuchu, kiedy usłyszała dźwięk, który się z niego wydobył. — Jednak również — uśmiechnął się zadowolony i zaparkował przed samym wejściem, gasząc po chwili silnik. Wysiadł, nie czekając na nią i ruszył do wnętrza budynku, chcąc zając miejsce na uboczu.

         Willson, korzystając z tego, że pogoda była znacznie bardziej wietrzna i deszczowa niż po drugiej stronie oceanu, założyła na siebie z powrotem kaburę i zakryła ją bluzą, wysiadając z samochodu. Broń, co prawda od kilku lat była jej nieodłączną częścią stroju, ale jak dotąd nie potrafiła się do niej przyzwyczaić. Rozglądając się dookoła weszła do środka, siadając naprzeciwko Tomlinsona. Zadrżała, kiedy chłodne powietrze z klimatyzatora uderzyło prosto w nią. Nienawidziła zimna, zdecydowanie wolała gorącą pogodę.

         Chwyciła kartę z daniami, wybierając sobie coś szybko. Nie była wybredna, przeważnie jadła to, co akurat udało jej się kupić w sklepie na dziale z żywnością do odgrzania w mikrofalówce. Nienawidziła gotować, zdarzało jej się to raczej rzadko; przeważnie kiedy spodziewała się jakichś gości.

         Wyjrzała przez okno, przyglądając się ze znudzeniem kilku samochodom ciężarowym, stojącym na parkingu przed restauracją. Byli na całkowitym odludziu – prócz kilka miejsc postojowych na które można było zjechać podczas podróży autostradą, dookoła rozciągały się jedynie lasy i pola. Na swojej drodze minęli jedno, niewielkie miasto.

Przez całą podróż męczyło ją nazwisko mężczyzny, który zamówił dragi u Malika. Miała prawie stu procentową pewność, że słyszała je już gdzieś wcześniej, jednak nie potrafiła za żadne skarby przypisać go do konkretnego mężczyzny. Wiele dałaby, aby sobie przypomnieć, jednak niestety nic na to nie wskazywało. Oparła łokcie na blacie stołu, chowając twarz w dłoniach. Zaczynała kojarzyć pewne fakty, jednak rozmyślanie przerwał jej w brutalny sposób Louis, który mocno uderzył ją w łokieć, przez co prawie uderzyła głową o stół. Zmroziła go spojrzeniem, siadając prosto. Wytarła spocone dłonie o spodnie, spuszczając na nie wzrok.

— Co jest? — zapytał zainteresowany Louis, zainteresowany niecodziennym zachowaniem Willson. Wyglądała, jakby jej mózg za chwilę miał eksplodować, a uszami polecieć para. Zdziwił się, że tak szybko straciła humor na dogryzanie mu i wyśmiewanie się z niego. Całą drogę, którą pokonali już w Europie spędzili na dogryzaniu sobie. Zdążył ją nawet w pewien sposób polubić.

— Ten cały Andrew Wabb nie daje mi spokoju. Słyszałam już kiedyś to nazwisko, wydaje mi się nawet, że kilkukrotnie, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć gdzie — mruknęła cicho, odsuwając ręce od stołu, kiedy kelnerka przyniosła im jedzenie. Od razu chwyciła sztućce, czując przyjemny zapach, który spowodował głośne burczenie w jej brzuchu.

— Jeżeli cokolwiek sobie jednak przypomnisz, to daj mi znać. Nie udało nam się znaleźć zbyt wiele na jego temat. Tak naprawdę wiemy tylko tyle, co udało nam się usłyszeć od tego i tamtego — wskazał na nią widelcem, uśmiechając się łagodnie. Tomlinson szczerze zdziwił ją swoim zachowanie. Nastawiła się na to, że wszyscy będą podejrzliwi i nieufni w stosunku do niej. Myślała nawet, że będą sprawdzać każde jej posunięcie kilkukrotnie – była pewna, że Zayn sobie tego nie oszczędził. Tymczasem Louis zachowywał się w stosunku do niej, jakby od dawna kumplowali się ze sobą i wybrali się na koleżeńskie wakacje. Może to była jego strategia na rozpoznawanie prawdziwych intencji przyszłych członków gangu? W końcu wrogów powinno trzymać się bliżej niż przyjaciół. Może nie trafiła na niego przypadkowo?

— Malik zgodził się przyjąć zamówienie od człowieka, o którym wie tylko do tego i tamtego? — uniosła wysoko brew, nie wierząc w to, że jeden z najbardziej poszukiwanych gangsterów na świecie mógłby być aż tak lekkomyślny. — Wydawał się być mądrzejszy — Louis wzruszył ramionami, popijając duży kęs, który wsadził sobie do ust.

— Zamówił duże towaru, co oznacza jeszcze większą kasę. Dlatego postanowiliśmy zaryzykować — ciemnowłosa przewróciła oczami, kończąc szybko swoje jedzenie. Wypiła do końca wodę ze szklanki i odchyliła się, opierając plecy o krzesło w oczekiwaniu na Tomlinsona, który jej zdaniem strasznie się guzdrał.

— A o mnie? — zapytała, przyglądając się uważnie jego twarzy. — Ile o mnie wiecie? — wytłumaczyła szybko widząc, że nie do końca zrozumiał jej pytanie.

— Nazywasz się Cassandra Willson, masz dwadzieścia pięć lat, mieszkasz i pochodzisz z Nowego Yorku, a twoi rodzice, Angela Groce i Mark Willson, zajmują się prowadzeniem własnego interesu. Urodziłaś się dwudziestego sierpnia w szpitalu Santa Clara na obrzeżach miasta. Na razie nie wiemy jeszcze nic o twoim rodzeństwie, ale to tylko kwestia czasu — odezwał się po chwili dłuższego zastanowienia, usiłując się przypomnieć sobie coś więcej. — Wiemy też, że kilka razy zmieniałaś gang, ale nikt nie chciał podawać przyczyny. Nawet Malik nie potrafił nic wyciągnąć od ludzi, bo zawsze kończyło się to zmianą tematu, albo po prostu nikt o tobie nie słyszał, co jest dość dziwne. A przez ostatni rok miałaś przerwę, na pewno nie pracowałaś dla nikogo. Przynajmniej nie nielegalnie — uniosła jeden kącik ust, uśmiechając się tajemniczo.

         Nie raz, nie dwa, żeby rozbić jakąś szajkę, wcielała się w niebezpieczną kobietę, która znudzona życiem szukała trochę rozrywki. Zawsze, kiedy kończyła swoją część zadania, usuwała po sobie wszystkie ślady. Czasami zdarzało się, że wszystko, całe starania drużyny szły na marne z powodu małego potknięcia, ale ona zawsze włamywała się do komputerów i likwidowała trop po sobie. Dbała o swoją anonimowość, bez której jej praca ograniczyłaby się do siedzenia za biurkiem i nudnego, mozolnego wypełniania papierów. Lubiła to, czym na co dzień się zajmowała, a szczególnie fakt, że nigdy nie wiedziała, co przyniesie kolejny dzień. Nienawidziła bezczynności.

— Ruszajmy w dalszą drogę — podniosła się z krzesła, kiedy tylko skończył jeść. Wciąż przyglądał jej się badawczo, jakby miał nadzieję na to, że powie mu cokolwiek więcej.

         Wyszła z restauracji, żegnając się z kelnerką, stojącą za kasą i podeszła do samochodu, czekając na nim przy Louisa, który płacił za ich jedzenie. Wsiadła do pojazdu natychmiast po tym, jak mężczyzna odblokował drzwi. Nie rozbierała się jednak, wciąż odczuwając lekki chłód. Przymknęła lekko powieki, odchylając głowę do tyłu. Nie była już senna, jednak wszystkie mięśnie niesamowicie ją bolały po nocy spędzonej w niewygodnej pozycji.

— Nie wiem jak ty, ale ja zostałbym kilka dni w Londynie. Dobrze jest odwiedzić swoje stare strony. Może nawet pojechałbym na jeden dzień do rodziców do Doncaster — zaczął, kiedy wyjechali już z powrotem na autostradę. Zaśmiał się cicho, kiedy poczuł na sobie jej zdziwiony wzrok.

— To nie mieliśmy tutaj załatwić tylko tych narkotyków i od razu wrócić do Nowego Jorku? — zapytała cicho, zakładając za ucho kosmyk włosów, który wysunął jej się z kucyka. Uchyliła lekko szybę, opierając o nią tył głowy.

— Jedną sprawą jest to, co mieliśmy zrobić, a zupełnie inną to, co zrobimy — zaśmiał się cicho, kręcąc głową. Cassandra pokiwała tylko głową i z powrotem skupiła się na obserwowaniu mijanej drogi w przedniej szybie. Nie miała ochoty na rozmowę.

~***~

         Droga do Londynu minęła im w zupełnej ciszy. Louis próbował zagadnąć jeszcze kilkukrotnie do swojej towarzyszki, jednak ta odpowiadała mu krótkimi zdaniami i półsłówkami, ewidentnie starając się go zbyć, więc zrezygnował po krótkim czasie. Cassandrę irytował fakt, że Tomlinson wystukiwał palcami o kierownicę melodię piosenek, które akurat leciały w radiu. Postanowiła to jednak zignorować i nie upominać go, aby nie wyjść przed nim na kompletnego gbura. Mimo wszystko Tommo był przyjacielem Malika, co oznaczało że wiedział o nim więcej niż inni. Mogła dzięki temu dowiedzieć się czegoś na jego temat, co mogłaby wykorzystać w niedalekiej przyszłości.

Kiedy Tomlinson zaparkował na obrzeżach miasta chciała krzyczeć i rwać włosy z głowy. Denerwowała się, chociaż w ogóle nie powinno jej na tym zależeć. Wciąż powtarzała sobie, że nie może niczego zepsuć i musi rozegrać to wszystko jak najlepiej, aby działania policji przebiegły niezakłócenie, co wcale nie pomagało jej w zapanowaniu nad swoimi nerwami. Dlatego po kilku minutach ciszy, która stała się dla niej wyjątkowo nieznośna, wyszła z samochodu, biorąc ze sobą walizkę i usiadła na jego masce, wpatrując się beznamiętnie w przestrzeń przed sobą.

Znajdowali się na osiedlu domków jednorodzinnych które wyglądały dokładnie tak samo. Wszystkie stykały się ze sobą jedną ścianą, odgrodzone były od siebie płotami, miały osobne furtki i niewielkie ogródki za domem. Widać było, że ludzie w nich mieszkający starają się o nie bardzo dbać. Elewacje były zadbane, dachy wyczyszczone, a meble w ogrodach i na tarasach schludnie ustawione.

         Cassie odwróciła głowę, kiedy usłyszała głośny warkot silnika. Przewróciła oczami, kiedy zobaczyła czarne BMW z4. Niestety, samochód miał zamknięty dach, przez co nie była w stanie zobaczyć ludzi, siedzących w środku. Przytrzymała sobie walizkę z towarem między stopami, po czym wydobyła spod bluzy jeden pistolet, wsadzając go za pasek spodni – tak, żeby poczuć się pewniej. Naciągnęła kaptur na głowę i podniosła narkotyki, zaciskając mocno palce na rączce walizki. Zmrużyła oczy, starając się dostrzec cokolwiek zza przyciemnionej szyby, jednak jej starania spełzły na niczym. Zaklęła cicho pod nosem, kiedy mężczyzna wysiadł z samochodu tak, żeby nie można było dostrzec jego twarzy. Podeszła blisko, starając się wyglądać na pewną, tego co robi.

         Stanęła przed nim, a kiedy uniósł na nią spojrzenie poczuła, jak cała krew odpływa jej do stóp. Rzekomy klient Malika wcale nie nazywał się Andrew Wabb. Był nim Stephen McColl – człowiek, który potrafił doprowadzić ją do skraju wytrzymałości i w przeciągu kilku minut skrytykować całe jej życie chociaż tak naprawdę nie miał o nim zielonego pojęcia. Jednak nie to było najważniejsze, a fakt, że Stephen był policjantem. Bardzo dobrym pomimo tego, że lubił przez cały czas opowiadać o sobie i o wszystkich wyczynach, których rzekomo dokonywał sam.

         Korzystając z tego, że on również doznał dużego szoku, wycofała się i rzucając walizkę z narkotykami na tylne siedzenia, wsiadła do przodu, zatrzaskując za sobą mocno drzwi. Louis popatrzył na nią z chęcią mordu w oczach. Pokręciła głową i przekręciła mu kluczyk w stacyjce, aby odpalić silnik; na szczęście w ostatnim momencie zdążył nacisnąć sprzęgło.

— Co ty do kurwej nędzy wyprawiasz, wariatko?! — wrzasnął szatyn, wyjeżdżając ostro z ulicy, na której przed chwilą parkowali. Jechał przed siebie powoli, cały czas zerkając na nią kątem oka.

— Spierdalaj stąd Tomlinson jak najszybciej! To nie jest żaden Andrew Wabb, tylko Stephen McColl, policjant który zwabił nas najprawdopodobniej w sam środek martwej strefy — krzyknęła zdenerwowana faktem, że nie chciał jej posłuchać i ewidentnie nigdzie mu się nie spieszyło. Jednak ona nie zamierzała wylądować w więzieniu. Kariera policyjna Cassie tak naprawdę dopiero się rozkręcała, a ona nie zamierzała z niej zrezygnować przez niefrasobliwość swojego towarzysza.

        Louisowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Natychmiast nadusił mocniej pedał gazu, starając się wyprzedzać wszystkie samochody, stojące na poboczach. Żałował, że nie znajdowali się na autostradzie; tam znacznie łatwiej byłoby zgubić cholernych policjantów, których syreny już dało się usłyszeć. Szatynka nie czekając na nic włączyła CB radio, zamontowane w samochodzie i odszukała odpowiedni kanał. Otworzyła okno tak bardzo, jak tylko się dało i naciągnęła mocno kaptur na głowę. Zastanawiała się, dlaczego nikt wcześniej nie powiedział jej o tej cholernej współpracy z brytyjską policją. Mogłaby przecież tego uniknąć, gdyby tylko wiedziała, co chciał zrobić Stephen; gdyby pamiętała jego drugie nazwisko. Wychyliła się, od razu celując w pierwszy samochód, który jechał za nimi. Przymrużyła jedno oko, oddając dwa strzały, które trafiły idealnie w opony. Wóz zatańczył, ostatecznie przewracając się na dach. Powtórzyła tę czynność kilkakrotnie, pozbywając się tym samym czterech innych radiowozów. Schowała się z powrotem do wnętrza pojazdu dopiero wtedy, kiedy naboje  jej się skończyły. Odetchnęła głęboko, opierając głowę o zagłówek i biorąc kilka głębokich oddechów, żeby uspokoić pracę swojego serca. Adrenalina po woli zaczynała krążyć w żyłach Willson, co w cale nie pomagało w opanowaniu emocji.

~ Blokujemy wszystkie główne ulice — dobiegł do nich głos z radia, kiedy tylko Louis szarpnął mocno samochodem przy ostrym skręcaniu, kiedy postanowił za wszelką cenę zgubić policjantów.

— Nienawidzę tego kutasa — mruknęła pod nosem, prostując się na siedzeniu. Załadowała magazynek i już miała po raz kolejny zacząć atakować, ale szatyn powstrzymał ją w ostatnim momencie.

— Nie marnuj strzałów. Zostało za nami tylko trzy, spróbuję ich zgubić, a zawsze warto mieć coś w zapasie – wytłumaczył, nie spuszczając wzroku z drogi.

         Cassie chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła, ponieważ usłyszała głośny wystrzał, a kilka sekund później tylna szyba pękła na kilka tysięcy drobnych odłamków, z których część opadła na tylne siedzenie, odbijając się z głuchym odgłosem od metalowej walizki. Kobieta odwróciła się gwałtownie w tamtym kierunku, co było złym posunięciem, ponieważ okulary zsunęły się z jej nosa, ukazując szeroko otwarte oczy. Stephen popatrzył na nią z ogromną nienawiścią. Wiedziała, że ją rozpoznał. Zadawała sobie również sprawę, jakie to za sobą niosło konsekwencje.

~ Swoją drogą, to cholerna Willson miała sprzedać te narkotyki. A taka była dla wszystkich wspaniała — cała krew odpłynęła jej z twarzy. Zaczęła gorączkowo zastanawiać się nad tym, co powinna odpowiedzieć Louisowi w zaistniałej sytuacji. Co prawda mężczyzna nawet nie popatrzył w kierunku Cassie, jednak ona wiedziała, że później na pewno będzie chciał się dowiedzieć, o co chodziło policjantowi.

         Szatyn ostro zakręcił w lewo, przez co zajęta swoimi myślami Cass wylądowała na twardych drzwiach samochodu, odbijając się od nich jak worek kartofli. Jęknęła przeciągle, starając się rozmasować bolące ramię, które ucierpiało najbardziej. Popatrzyła prosto na swojego towarzysza, który był całkowicie skupiony na drodze, co chwilę skręcając lub dodając gazu. Skrzynia biegów również nie miała nawet chwili wytchnienia. Szatynka pisnęła głośno, kiedy Tomlinson zatrzymał samochód w ostatnim momencie, żeby nie wjechać w siatkę, odgradzającą szosę od niewielkiego, zapuszczonego osiedla. Wyszedł natychmiast z pojazdu i wrzucił walizkę do kontenera, który stał przy ogrodzeniu. Skrzywił się mocno, zakrywając ją kilkoma workami, wypchanymi przez śmierdzące stęchlizną śmieci.

— Czekasz na specjalne zaproszenie, czy co?! — dopiero, kiedy usłyszała krzyk Louisa zdała sobie sprawę, że cały czas patrzy na niego otwartymi szeroko oczami, siedząc w miejscu jak bezmyślny kołek wbity w ziemię. Natychmiast poderwała się z miejsca, otwierając drzwi na oścież.

         Resztkami świadomości chwyciła kaburę swojego towarzysza, wysiadając na zewnątrz. Poczekała aż mężczyzna przejdzie na drugą stronę siatki, po czym podała mu broń i sama również zaczęła wspinać się na górę, aby po chwili skoczyć na chodnik po drugiej stronie. W duchu dziękowała Bogu za to, że rygorystycznie trzymała się swojej diety i regularnie ćwiczyła, dzięki czemu nie miała większych problemów z fizycznymi wyczynami. Zaczęła biec za Tomlinsonem wierząc w to, że on wie, gdzie mogliby znaleźć schronienie. Starała się utrzymywać jedno tempo – na razie musieli się tylko oddalić, a większość sił powinni zachować, jeżeli ucieczka przed kimś okazałaby się konieczna.

Krzyknęła głośno, czując jak coś rozrywa jej prawy bok. Zatrzymała się w miejscu, opadając na kolana. Przyłożyła dłoń do ciała, krzywiąc się mocno i zaciskając powieki, kiedy poczuła ciepłą ciecz między palcami. Usłyszała nawoływanie Louisa i kroki, które z każdą chwilą stawały się coraz głośniejsze. Wiedziała, że jeżeli miała doprowadzić plan zemsty do końca, to musiała wziąć się jak najszybciej w garść. Dlatego pozbierała się szybko z chodnika i wznowiła bieg, doganiając szybko Tommo.

— Jeżeli zaraz się nie zatrzymasz Willson, to tym razem dostaniesz kulkę w głowę! — pokręciła głową i przyspieszyła jeszcze bardziej wiedząc, że za chwilę policjant może spełnić swoją obietnicę.

Skręciła gwałtownie i zaczęła wchodzić po metalowych balkonikach, aż w końcu dotarła na szczyt budynku. Zdawała sobie sprawę z tego, że zgubiła Louisa, ale łatwiej im będzie przeżyć, jeśli się rozdzielą. Może i nie znała Londynu, ponieważ pierwszy raz dane je było w nim przebywać, jednak była pewna, że mężczyzna ma jej numer telefonu, więc nie musieli mieć większych problemów ze znalezieniem się. Zaklęła pod nosem, zdzierając resztki opatrunku z policzka. Rana na twarzy już dawno otworzyła się z wysiłku i niemiłosiernie piekła. Kobieta szybko stała się blada przez to jak dużo krwi straciła. Zaczynało jej się powoli kręcić w głowie. Modliła się w duchu, aby zemdleć dopiero, kiedy już znajdzie się z dala od McColla. Westchnęła ciężko, stając na końcu budynku. Do następnego nie brakowało wiele, ale już dawno nie skakała na takie odległości. Chciała zawrócić, ale w ostatnim momencie zauważyła, jak McColl wchodzi tą samą drogą, co ona. Zaklęła pod nosem, cofając się kilka kroków do tyłu. Nie miała innego wyboru.

         Wszystko, co stało się później trwało jedynie kilka sekund. Cassie wzięła szybki rozbieg i skoczyła. Moment, w którym zawisła w powietrzu wydawał się wymazany z pamięci dwudziestopięciolatki. Nie widziała zupełnie nic, tylko drugi blok, do którego zbliżała się w dość szybkim tempie. Zagryzła dolną wargę, biorąc głęboki oddech, kiedy zdała sobie prawdę, że za chwilę miało rozstrzygnąć się, czy te sekundy będą jej ostatnimi.

3 komentarze:

  1. Uwielibiam <3
    +
    +
    +
    zapraszam do siebie:http://revenge-harry-fanfiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak tak tak tak taaaak :)))
    Uwielbiam cie jak rowniez i twoje blogi ! :*
    Kochaaaaaaam ! <3
    Czekam kurde na nx. Jdjxjdjejdusj ! <3
    @luvmyniallers

    OdpowiedzUsuń
  3. Pisz szybko :) strasznie mnie wciągało ^^

    OdpowiedzUsuń