13 grudnia 2014

[06] Chapter Sixth (First Season)

Kartki świąteczne? Czemu nie! Informacje pod rozdziałem.
Sukces polega na tym, by iść od porażki do porażki, nie tracąc entuzjazmu. ~ Winston Churchill
~*~

         Jęknęła przeciągle, podnosząc się niemrawo do pozycji siedzącej. Nie miała bladego pojęcia, co się z nią stało. Wszystkie kości i głowa niemiłosiernie ją bolały. Czuła się, jakby spędziła kilka dni na podłodze. Wplotła palce we włosy, ciągnąc za nie delikatnie. Chciała cokolwiek przypomnieć sobie z ostatnich kilkudziesięciu godzin, ale słabo jej to wychodziło. Jednak kiedy wszystkie wspomnienia wróciły zamarła w jednej pozycji. Malik, Londyn, Malik, młody chłopak, strzelanina, Malik, dom, koniec. Wszystko to przewijało się w jej umyśle i nie była w stanie, powstrzymać tych obrazów. Podniosła się po woli z podłogi, wyciągając telefon z kieszeni, żeby sprawdzić godzinę. Dwudziesta czwarta. Zagryzła dolną wargę, ruszając w kierunku łazienki, gdzie zdjęła z siebie koszulkę i odwróciła się tyłem do lustra, żeby móc obejrzeć opatrunek na plecach. Tak, jak się domyślała wszystko było przesiąknięte jej krwią. Już miała zabrać się za zmienianie bandaży, kiedy usłyszała głośne walenie w drzwi. Zrezygnowana naciągnęła na siebie z powrotem ciuch, udając się do przedpokoju. Nie patrząc w ogóle przez wizjer otworzyła wejście, przez które jak burza wpadł wściekły Malik, od razu łapiąc jej nadgarstki i przygwożdżając do ściany. Jęknęła głośno, zamykając oczy, kiedy rana uderzyła w twardą powierzchnię.

-- Co ty do kurwej nędzy sobie myślisz, Aniołku?! – warknął, nie zważając na to, że drzwi w dalszym ciągu są otwarte i słyszy go najprawdopodobniej cała klatka.

-- Malik, proszę. Porozmawiajmy w cywilizowany sposób – mruknęła, nie otwierając oczu. Ból sprawił, że pod powiekami kobiety zaczęły zbierać się łzy, których nie mogła wypuścić na policzki, ponieważ pokazałaby tym samym, że jest słaba.

-- I ty do jasnej cholery mówisz o cywilizowanym sposobie, jak nawet pieprzonego telefonu nie chcesz odebrać? – zacieśnił uścisk na nadgarstkach szatynki. Czuła, że z jej organizmem zaczyna dziać się coraz gorzej. Te same czarne plamy, które pamięta po powrocie do domu znów zaczęły pojawiać się przed oczami Cassie i przysłaniać widok. Spuściła głowę, nie mogąc dłużej utrzymać się w pionie.

~*~

-- Willson – potrząsnął mocno Cass, która cały czas była przygwożdżona przez niego do ściany. Zdziwił go fakt, że jeszcze mu nie odpowiedziała, a jej ciało stało się jakby całkiem bezwładne.

         Zaczął po woli poluźniać uścisk, starając się zapanować nad wściekłością. Już dwie godziny temu miała przyjechać do jego domu, żeby mógł sprawdzić jak dobrze radzi sobie z prowadzeniem motoru. Właśnie dlatego sprowadził do Nowego Yorku Hondę, którą miała odebrać – aby nauczyć ją ścigać się na nielegalnych wyścigach. Zdawał sobie sprawę, że nie może wysyłać jej na każdą misję, więc przynajmniej w taki sposób by mu się przydała. Już miał całkowicie puścić kobietę, ale w ostatnim momencie zdał sobie sprawę, że jest nieprzytomna. Zaklął pod nosem, biorąc ją na ręce i kierując się prosto do salonu, gdzie położył ją na kanapie. Już miał iść do kuchni, po szklankę wody, kiedy poczuł coś ciepłego na dłoni, którą trzymał w zagłębieniu pleców dwudziestopięciolatki. Przyjrzał się temu uważnie ze zdziwieniem stwierdzając, że jest to krew. Natychmiast odwrócił się na pięcie, podchodząc do cały czas nieprzytomnej szatynki i podniósł delikatnie jedną jej stronę do góry. Oczy powiększyły mu się kilkakrotnie, kiedy zobaczył czerwoną plamę na koszulce Cassandry. Zdał sobie sprawę, że to jest właśnie rana, o której wspominała, kiedy wrócili z Liam ‘em. Natychmiast wyjął telefon, dzwoniąc właśnie do niego.

               ~ I co, wiesz już dlaczego nas wystawiła? – zapytał od razu Payne. Malik                odetchnął głęboko.

               ~ Przyjedź do jej domu i weź ze sobą wszystko, co jest potrzebne do                            opatrywania ran postrzałowych – mruknął, podnosząc się z podłogi i                      rozprostowując nogi z lekkim grymasem na twarzy. Po drugiej stronie                        zapanowała kilkunastosekundowa cisza, przerywana jedynie miarowym                oddechem mężczyzny.
               
               ~ Coś ty jej zrobił? – Mulat był niemalże pewny, że jego przyjaciel                              poderwał się teraz z siedzenia i w tempie natychmiastowym zaczął iść do                ich apteczek.

               ~ Oj odchrzań się, to nie ja! To znaczy nie do końca – mruknął, zrywając                połączenie. Kątem oka zauważył, że kobieta zaczęła się poruszać,                          więc natychmiast znalazł się przy niej.

~*~

         Poczuła ten sam ból głowy, co jakiś czas wcześniej. Mruknęła cicho, otwierając po woli oczy. Zdziwiła się, widząc że jest u siebie w salonie. Ostatnim, co pamięta był przedpokój i wkurwiony do granic możliwości Malik. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie furii widocznej doskonale w jego ciemnych oczach. Jak na zawołanie poczuła mocne pieczenie w nadgarstkach. U niosła je tak, żeby mogła się im dokładnie przyjrzeć. Były całkowicie sine. Z cichym westchnieniem zaczęła podnosić się do siadu, zaważając że nie jest sama w pomieszczeniu. Malik kucnął przy kanapie, uważnie ją obserwując.

-- Żyjesz? – zapytał niepewnie. Powstrzymała się od złośliwego komentarza na temat jego głosu, bo nie chciała znów wprowadzić go w ten sam stan, w jakim był kiedy do niej przyszedł.

-- Daję radę – mruknęła, przecierając twarz dłońmi. Syknęła, krzywiąc się nieznacznie, kiedy poczuła pieczenie na plechach. Bolało, jak cholera, ale nie mogła mu tego pokazać, żeby nie uznał jej za słabej. – Przepraszam, że nie przyszłam o umówionej godzinie, ale sam widzisz, jaka jest sytuacja – powiedziała, przybierając obojętny wyraz twarzy i podnosząc się z kanapy. Zachwiała się lekko, nie mogąc złapać równowagi, ale Mulat od razu przyszedł kobiecie z ratunkiem i złapał ją w pasie, przyciągając do siebie.

         Znaleźli się w dość niekomfortowej dla nich obojga sytuacji. Cassie opierała dłonie na umięśnionym brzuchu Zayn ‘a. Nawet przez koszulkę mogła poczuć, jak bardzo jest twardy. On natomiast trzymał biodra szatynki, przyciągając ją mocno do siebie. Podniosła głowę do góry, sprawiając że zaczęli patrzeć sobie prosto w oczy. Cass wstrzymała oddech, po raz kolejny dzisiejszego dnia widząc jego niesamowite tęczówki. Jednak tym razem wydawały się być trochę inne, niż wcześnie – jakby o kilka odcieni jaśniejsze. Straciły również wściekłość, a okazywały obojętność, której nigdy wcześniej nie widziała w niczyich oczach. Odsunęła się od niego, spuszczając speszona głowę, kiedy usłyszała głośne trzaśnięcie drzwiami.

-- Jeżeli ją zabiłeś, to pamiętaj, że zginiesz następny! – usłyszeli zdenerwowany głos Liam 'a. Cassie popatrzyła zdziwiona na bruneta, który był ewidentnie rozbawiony stanem, w jaki wprowadził swojego kumpla.

-- Po co go tutaj ściągnąłeś? – zapytała, podnosząc wysoko jedną brew. Zmierzyła wzrokiem mężczyznę, który przed chwilą przyszedł i zatrzymała go na przedmiocie, który ze sobą przyniósł.

-- Liam pomoże ci zapanować nad raną na plecach – wytłumaczył szybko, machając ręką, żeby się pośpieszyła. Domyśliła się, że ma zdjąć z siebie koszulkę. Pokręciła przecząco głową.

-- Nie będę się przy was rozbierać – powiedziała twardo, odsuwając się kilka kroków do tyłu.

-- Aniołku, nie denerwuj mnie. Nic ci się przecież nie stanie. Widziałem w swoim życiu nie jedną dziewczynę, która wyglądała lepiej od ciebie i potrafiłem pohamować swoje hormony, więc nie masz się o co martwić – westchnął zirytowany postawą szatnki. Kobieta spuściła wzrok, słysząc uwagę na temat swojego wyglądu. Może nie zależało jej na Maliku, ale on jednak jest mężczyzną i to całkiem przystojnym. Ponownie zaprzeczyła ruchem głowy. Zdenerwowany Mulat wyszedł z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami.

-- Nie przejmuj się nim. Czasami nie panuje nad tym, co mówi – powiedział Payne, podchodząc do niej i poklepując ją pokrzepiająco po ramieniu. Strąciła jego dłoń i położyła się na łóżku, ówcześnie ściągając z siebie koszulkę, żeby dać mężczyźnie pełny dostęp do rany postrzałowej.

         Usłyszała ciche parsknięcie za swoimi plecami. Liam wydawał się nie być przejęty tym, co przed chwilą zrobiła, a nawet wręcz przeciwnie – rozbawiony. Bez słowa zabrał się za odklejanie plastra, który nie nadawał się już do niczego. Usłyszała ciche przekleństwo mężczyzny, a chwilę potem syknęła, ponieważ przynajmniej pół butelki spirytusu salicylowego wylądowało na i tak już piekącej, ranie. Zacisnęła mocno zęby oraz powieki. Musi wytrzymać i pokazać, że jest twarda. Pół godziny później usłyszała głos mężczyzny, oznajmiający że wszystko jest już skończone. Odetchnęła głęboko, po woli podnosząc się z kanapy, po czym naciągnęła na siebie koszulkę. Mimo wszystko niezbyt komfortowo czuła się, kiedy wzrok Payne ‘a wędrował po jej roznegliżowanym ciele.

         Poszła do pokoju i nie zważając na to, że górna część jej ubrania jest cała zakrwawiona, naciągnęła na siebie skórzaną kurtkę, a na stopy włożyła czarne trampki, mocno je sznurując. Wyszła ze swojego mieszkania, dzierżąc kask w dłoni, który założyła, po drodze do motoru. Dobrze wiedziała, że Malik wymaga od niej, żeby się nie poddawała. Westchnęła cicho, uświadamiając sobie, iż jeszcze nigdy nie zaangażowała się tak w żadną akcję. Wiedziała jednak, że to tylko z powodu swojej siostry. Nigdy nie zapomni Mulatowi tego, co jej zrobił. Nawet, kiedy będzie leżał martwy od kuli postrzałowej.

         Nie zastanawiając się nad niczym usiadła na Hondzie, którą niedawno dostała i ruszyła, jak mężczyźni kilka sekund wcześniej. Nie miała zielonego pojęcia, co może się stać, ale musiała robić wszystko, co czarnowłosy kazał. Zauważyła, że coraz bardziej zaczynają oddalać się od centrum miasta, aż w końcu dookoła nich nie było nic więcej, niż ciemny las. Kontem oka popatrzyła na zegarek, który założyła na prawą rękę. Wskazywał równo trzecią w nocy. Pokręciła głową, przyspieszając kiedy zauważyła jak jej towarzysze się oddalają. Nawet nie zdążyła się położyć spać, a już musi robić coś nowego. Nic nie szkodzi, że była nieprzytomna przez około dwadzieścia cztery godziny. Przez to tylko bolą ją teraz wszystkie kości. Nawet te, o których istnieniu nie miała pojęcia.

         Zaparkowała swój motor, obok pojazdu Zayn ‘a. Znajdowali się na totalnym odludziu, kilka mil od Nowego Yorku. Kobieta była zdziwiona, że Mulat znalazł wybetonowany plac, który okazał się starym, zapuszczonym torem wyścigowym w takim miejscu. Rozejrzała się uważnie dookoła, podnosząc do góry wizjer swojego kasku. Nie podobało jej się tutaj, ale raczej nic dziwnego. Przecież komu normalnemu odpowiadają miejsca takie, jak to?

-- Będziemy się ścigać – oznajmił Malik, uważnie obserwując reakcję szatynki. Był taka, jak się spodziewał. Dwudziestopięciolatka wybałuszyła na niego oczy i popukała się w głowę.

-- To, że umiem jeździć szybko na motorze, nie znaczy, że umiem się na nim ścigać – mruknęła, opierając się dłońmi o kierownicę Hondy. W odpowiedzi usłyszała cichy śmiech Malika. Jednak nie taki, jak dotychczas; wyprany z mocji. On był naprawdę rozbawiony jej rekcją.

-- I właśnie ja cię tego nauczę – puścił ciemnowłosej oczko i podjechał do wskazanego wcześniej przez siebie miejsca.

         Zrezygnowana Willson nie miała wyboru. Opuściła z powrotem wizjer, żeby zasłonić całkowicie swoją twarz i stanęła obok mężczyzny. Payne wyszedł przed nich i zaczął odliczać na palcach od trzech w dół. Kobieta wzięła głęboki oddech, starając się przypomnieć sobie wszystkie manewry, jakich nauczył ją kiedyś kuzyn – miłośnik Moto GP. Dodała gazu, startując kiedy tylko mężczyzna dał im do tego znak. Wyprzedziła od razu Malika, jednak nie na długo, ponieważ nie udało jej się zapanować nad motorem po wejściu w pierwszy, ostry zakręt. Zaklęła pod nosem, znów starając się wyjść na prowadzenie, jednak tym razem nie było to już takie łatwe, ponieważ czarnowłosy zdążył się rozkręcić i przewidywał wszystko, co tylko chciała zrobić.

         Pół godziny później ich „wyścig” zakończył się porażką Cassie, co było do przewidzenia. Zrezygnowana, zmęczona i podenerwowana zatrzymała się obok Liam 'a, chcąc być jak najdalej od Zayn ‘a, który wydawał się być z siebie zadowolony. Odetchnęła głęboko, starając się zapanować nad buzującymi emocjami. Wszystkie starania poszły jednak na marne, kiedy mężczyzna podszedł do nich i zaczął swoją gadaninę.

-- Spodziewałam się więcej po kimś takim, jak ty, Aniołku – zakpił, uśmiechając się szeroko. Cassandra zrezygnowała ze zdejmowania kasku, żeby nie widział wściekłości, która na pewno jest doskonale widoczna na jej twarzy.

-- Odpuść jej. Przecież i tak jest w tym lepsza, niż nie jeden koleś z twojego gangu – stanął w obronie szatynki Liam. Dziękowała mu za to w duchu, bo nie wiedziała, czy byłaby w stanie powiedzieć coś sensownego.

-- Payne, nie rozmawiam z tobą, więc się łaskawie nie wtrącaj – warknął Mulat, mierząc przyjaciela złowrogim spojrzeniem. On w odpowiedzi jedynie podniósł ręce w obronnym geście i zamknął usta na niewidzialną kłódkę, sygnalizując że już się więcej nie będzie odzywał. Przynajmniej na razie. – Więc jak będzie? Poddajesz się, czy dasz mi nauczyć cię tego? – zapytał, podchodząc do niej o krok bliżej. Cass zawahała się przez chwilę, ale po krótkim czasie kiwnęła potwierdzająco głową. Przecież w końcu będzie mogła zrobić coś, co ją tak bardzo do tej pory fascynowało.

         Ciemnowłosy nie powiedział już nic więcej, tylko z powrotem założył kask na głowę i usiadł za kobietą. Ta automatycznie poczuła dziwne dreszcze wzdłuż kręgosłupa, które nasiliły się w momencie, kiedy dłonie Zayn ‘a spoczęły na jej biodrach. Karcąc się w myślach za swoją reakcję odpaliła silnik i ruszyła z miejsca. Mężczyzna jak na zawołanie zaczął korygować wszystko to, co nie podobało mu się w postawie dwudziestopięciolatki. Ona sama natomiast starała się jak najwięcej zapamiętać z tej „lekcji”. Czuła w środku, że chciałaby jeszcze kiedyś powtórzyć to, co się teraz dzieje i właśnie dlatego nie może dopuścić do kolejnej takiej sytuacji. Nigdy więcej.

~*~*~*~
Iiii.... Szósty rozdział.
Nie wiem, co chcę napisać. Dodałabym spojler, ale mi się nie chce szukać ciekawego momentu. Wytrzymacie jeszcze dwa miesiące i jeden dzień xD
Zauważyłam, że dużo ludzi wysyała sobie kartki świąteczne. Teraz uwaga. Jeżeli jest tutaj ktoś, kto chciałby dostać ode mnie kartkę świąteczną niech się nie wstydzi i napisze na mój e-mail evans.jesica@gamil.com Obiecuję, że napiszę do każdego, kto się zgłosi :)

Pozdrawiam, Jes. xx

4 komentarze:

  1. ndkdid. Zajebiste! uwielbiam. Jdjjfjdjdjsjkxkdk. Co tu wiecej pisac. Jak zawsze swietnie. Kocham kocham kochaaam !!!!!! *,*
    @luvmyniallers

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny blog! Czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zostałaś nominowana do Liebster Award! :)
    Więcej tu >>> http://unearthly-story.blogspot.com/2014/12/liebster-blogger-award.html

    Wesołych Świąt i szczęśliwego nowego roku! :)

    OdpowiedzUsuń