23 stycznia 2015

[09] Chapter Nineth (First Season)

Mądrość zależy od trzech rzeczy: osobowości, wiedzy i samokontroli.
~*~

         Obudził ją nieprzyjemny chłód, spowodowany wystygnientą wodą, w której cały czas przebywała. Zamrugała kilkukrotnie, siadając prosto i przecierając oczy wierzchem dłoni. Nie musiała przypominać sobie niczego, co się wczoraj stało, ponieważ to wszystko siedziało w jej umyśle. Wyjrzała przez okno, za którym widać było pierwsze, pomarańczowe promienie, wschodzącego słońca. Westchnęła cicho, odkorkowując wannę, wychodząc z niej i od razu obwijając ciało puchatym ręcznikiem. Nie zatrzymując się przy lusterku wyszła z łazienki, kierując swoje kroki prosto do pokoju, gdzie stanęła przed szafą z ubraniami. Wyjęła z niej czystą bieliznę. Wytarła się i założyła na siebie chwilę wcześniej przygotowane rzeczy. Wróciła do łazienki, gdzie z szafki wyjęła czysty opatrunek oraz wodę utlenioną. Stanęła tyłem do lusterka, zrywając z pleców stary plaster, po czym odkaziła ranę i na nowo zakleiła. Odwracając się przodem, przyjrzała się uważnie swojej twarzy, kiedy z niej również pozbyła się białego, ochronnego materiału. Blizna była widoczna, ale tak jak wcześniej przewidywała – praktycznie nic już jej nie zagrażało. Wyjęła jedynie krem nawilżający i posmarowała sobie nim policzek.

Wróciła do pokoju, gdzie odszukała jeszcze ubrania, które również wciągnęła na swoje, lekko przemarznięte, ciało. Po kilku minutach stała przed lusterkiem, ubrana w zwykłe, dżinsowe spodnie, szarą koszulkę, bluzę w tym samym kolorze oraz czarne Nike z różowym logo. Zeszła powolnym krokiem do kuchni, zawiązując po drodze wysokiego kucyka ze swoich długich włosów. Chwyciła butelkę zimnej wody z lodówki i udała się do salonu, gdzie rozłożyła się na kanapie, włączając telewizję.

Skakała beznamiętnie po kanałach, kiedy usłyszała dźwięk dzwonka swojego telefonu. Niechętnie podniosła się do pozycji siedzącej i chwyciła przedmiot ze szklanego stolika do kawy, odbierając połączenie.

~ Słucham – mruknęła pod nosem, z powrotem rozkładając się na kanapie i przyciszając telewizor.

~ Stęskniłaś się, Aniołku? – usłyszała rozbawiony głos Malika po drugiej stronie słuchawki. Westchnęła cicho, przewracając oczami. Dobrze wiedziała, że tego nie zobaczy, ale i tak nie mogła zdusić w sobie odruchu.

~ Nawet nie przeszło mi to przez myśl – zakpiła. Nie miała najmniejszej ochoty być dla niego miłą. W sumie to właśnie przez niego wczoraj stało się to … co się stało.

~ To wielka szkoda, bo za chwilę będziesz musiała się u mnie pojawić – powiedział sztucznie przesłodzonym głosem. Madeleine westchnęła cicho, ale nie na tyle, żeby tego nie usłyszał. Nie wie, że nie ma najmniejszej ochoty teraz na niego nawet patrzeć.

~ Powinnam być za piętnaście minut – mruknęła, podnosząc się od razu z kanapy. Chciała mieć już to wszystko za sobą.

         Nie czekając na nic więcej zerwała połączenie, nawet nie dając mu się odezwać. Weszła do przedpokoju, gdzie mocniej zasznurowała swoje buty i założyła pod bluzę kaburę z naładowanymi pistoletami. Może teraz, jeśli znów ktoś na nią napadnie, do czegoś jej się przydadzą. Zaśmiała się pod nosem. Przynajmniej dzisiaj się wyspała i to daje kobiecie jakiekolwiek możliwości walki. Wyszła na klatkę schodową i uprzednio zamykając drzwi, zjechała windą do podziemnego parkingu. Otworzyła drzwi swojego czarnego Subaru WRX STI i odpaliła silnik. Nigdy nie jeździła z zapiętymi pasami. Dobrze wiedziała, że jako policjantka powinna przestrzegać zasad bezpieczeństwa, ale akurat ten przepis był gówno warty. Tak naprawdę pasy mogły bardziej zaszkodzić, niż pomóc przy wypadku.

         Piętnaście minut później zjeżdżała już na podjazd domu Malika. Poczekała chwilę, dając silnikowi czas na ostudzenie się, po czym wyłączyła go i wyszła z samochodu, zamykając za sobą centralny zamek. Nie ma zamiaru zostawiać swojego maleństwa na pastwę kilkudziesięciu facetów, którzy mogliby w każdej chwili do niego zajrzeć. Weszła do domu, od razu kierując się na schody. Starała się zignorować chęć natychmiastowej ucieczki i lęk przed tym, że któryś z tych facetów zaraz rzuci się na nią. Weszła do gabinetu Malika, zamykając za sobą drzwi i odwracając się przodem do biurka. Zdziwiła się, kiedy zauważyła, że Louis i Liam też tutaj są. Po jej plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz, który za wszelką ceną starała się ukryć. Oparła się o wejście.

-- Usiądź – powiedział ostro Zayn, ale zignorowała go, zginając jedną nogę w kolanie i opierając ją o drewniany przedmiot, po czym skrzyżowała ręce. Nie ma zamiaru podchodzić do nich bliżej, niż to konieczne.

-- Mów, czego chcesz – mruknęła niezbyt uprzejmie, krzyżując ręce i uważnie obserwując wszystkie jego ruchy. Mulat odetchnął głęboko, podnosząc się z miejsca. Oparł dłonie o blat biurka i spuścił głowę, zamykając na kilka sekund oczy. Czyżby wyprowadziła go z równowagi tylko tym, że nie chciała wykonać jednego zadania?

-- Twój okres próbny się skończył. Przyjmujemycsię do naszego gangu, ale pamiętaj. Jeden zły ruch i już nigdy więcej nie zobaczysz świata – powiedział krótko, znów na nią patrzeć. Poczuła dreszcze na plecach pod wpływem jego wzroku, ale udało jej się je ukryć.

-- Coś jeszcze, czy mogę już wrócić do domu? – zapytała obojętnie, kładąc dłoń na klamce. Dobrze wiedziała, że igra z ogniem, ale nie mogła im pokazać swojego strachu. Musiała grać odważną, chociażby nie wiem, ile ją to miało kosztować.

-- Mogłabyś okazać choć trochę wdzięczności za przyjęcie – sykną Zayn, a jego źrenice się zmniejszyły. Tylko spokojnie Madeleine. Wdech, wydech, wdech, wydech …

-- Przecież to było oczywiste, że mnie przyjmiesz – zakpiła, przybierając ironiczny wyraz twarzy i naciskając klamkę. Już miała wychodzić z pomieszczenia, ale trzydziestopięciolatek w ostatnim momencie stanął przy niej, przesuwając ją jednym sprawnym ruchem na ścianę, żeby nie mogła się wydostać.

-- Powiedziałem, że jeden zły ruch i już nie żyjesz, a powinnaś wiedzieć, że ja zawsze dotrzymuję słowa – warknął, prosto do jej ucha.

        Cassandry jednak nie obchodził ton głosu Mulata, a fakt jak bardzo blisko niej się znajdował i że cały czas jej dotykał. Poczuła się dokładnie tak samo, jak wczoraj – bezbronna, uwięziona i skazana na upadek. Zacisnęła powieki, nie pozwalając dreszczom na zapanowanie nad swoim ciałem. Oddech dziewczyny nieznacznie przyspieszył, a dłonie zadrżały. Kierowana impulsem położyła je na klatce piersiowej Malika i z całej siły od siebie odepchnęła. Nieprzygotowany na takie posunięcie mężczyzna zrobił krok do tyłu, dzięki czemu znów mogła swobodnie oddychać. Czuła na sobie badawczy wzrok Liama, aczkolwiek zupełnie go zignorowała. Teraz liczyło się tylko to, żeby Zayn nie podszedł do niej na tę samą odległość, co przed chwilą.

-- Pozwól, że sobie pójdę, jeśli nie masz dla mnie żadnego zadania na dziś – powiedziała cicho, nie chcąc żeby ktokolwiek usłyszał jej załamujący się głos.

-- Nie ma mowy, dziś znów będziesz uczyć się ścigać – mruknął, uważnie obserwując kobietę. Jej reakcja i wszystkie gesty … coś mu tutaj zdecydowanie nie pasuje, a on nienawidzi nieklarownych sytuacji. Podszedł do niej, kładąc dłoń na ramieniu szatynki, ale ta natychmiast ją zrzuciła.

-- Zaraz przyjadę, muszę pojechać po motor i przyjadę tam, gdzie byliśmy ostatnim razem – mruknęła, wycofując się zupełnie z pokoju i natychmiast zbiegając po schodach. Na szczęście udało jej się przetrwać bez większego uszczerbku na zdrowiu.

         Wsiadła do swojego Subaru, od razu odpalając silnik i wyjeżdżając z posesji Malika. To tak na wszelki wypadek, jakby mężczyzna jednak zmienił zdanie i nie chciał jej pozwolić nigdzie iść samej. Rozejrzała się uważnie dookoła i ostrożnie wjechała na główną ulicę, kierując się prosto do swojego mieszkania. Co chwilę nerwowo zerkała we wsteczne lusterka, jakby chciała zobaczyć, czy aby na pewno nie ma za nią żadnego ogona. Nie wierzyła Malikowi nawet w najmniejszym stopniu i, jak na razie, nic nie wskazywało na poprawę w tej kwestii. Nie oszukujmy się i nie czarujmy nawzajem – Zayn to wredna, zdradliwa, podstępna szuja, na którą powinno uważać się nawet w nocy, podczas snu. W jednym momencie może być twoim przyjacielem, a w innym najgorszym wrogiem. Potrafi zaczarować, jeśli tylko tego potrzebuje. Nawet oczy Malika są zupełnie puste. Nic nie da się w nich zobaczyć. Jego „księga duszy” jest zdecydowanie zamknięta na świat. Jednak jedno trzeba mu przyznać. Jest cholernie przystojny i nawet Cassie udało mu się zauroczyć. Ale nic więcej! Nie ma zamiaru mieć z nim nic wspólnego.

         Wjechała do podziemnego parkingu, od razu stawiając samochód na swoim miejscu. Odczekała chwilę, dając silnikowi wystygnąć i dopiero wtedy go wyłączyła. Usiadła na motorze, po raz kolejny ruszając w drogę. Tylko przez kilka sekund popatrzyła tęsknym wzrokiem na okno swojej sypialni.

~*~

-- Coś się wczoraj stało – mruknął Louis, kiedy tylko zatrzymali się na starym torze, gdzie ostatnio Zayn trenował Willson. Mulat zmarszczył brwi, patrząc ze zdziwieniem na swojego przyjaciela i machnął na niego rękę, aby kontynuował swoją myśl.  – Ona nigdy nie zachowywała się tak w naszym towarzystwie, jest na to za bardzo wredna i zdeterminowana, żeby pokazać, że kobiety mogą równać się z mężczyznami – szatyn przewrócił oczami.

-- Jak sam przed chwilę powiedziałeś to kobieta, więc może mieć te swoje wahania nastrojów. Przesadzasz Tomlinson, Willson nie pozwoliłaby sobie cokolwiek zrobić – Malik wzruszył ramionami, całkiem zdejmując kask z głowy i zawiesił go na kierownicy motoru.

-- Zayn, to nie jest śmieszne. Traktujesz ją jak śmiecia i pomiatasz nią na każdym kroku. Ona jest naprawdę dobrym zawodnikiem, a ty nigdy nie widziałeś jej w prawdziwej akcji, więc nie powinieneś negować każdego zachowania, które nie idzie zgodnie z twoją myślą – brązowowłosy rozłożył ręce, starając się po raz kolejny przemówić swojemu towarzyszowi do rozsądku.

-- To powiedz, co takiego niesamowitego zrobiła, kiedy byliście w Anglii – brunet skrzyżował ręce, patrząc wyzywająco w oczy Louisa.

-- No to po kolei. Rozpoznała gliniarza, który chciał nas sprzątnąć. Zestrzeliła podczas jazdy trzy suki. Dostała pierwszą w życiu kulkę i spierdalała z nią, jak mało kto. Potrafi skakać po dachach budynków bez większych uszczerbków na zdrowiu, cały czas tracąc dość sporą ilość krwi. Wykiwała cały oddział policyjny w pojedynkę i potem wróciła żywa do Nowego Yorku, żeby pojechać na drugi koniec Stanu po twoją zabawkę. Nie spała dwa dni, po czym spędziła najprawdopodobniej całą noc na podłodze zaraz po tym, jak zemdlała. Przyszedłeś ty, sprawiłeś że po raz kolejny odpłynęła, a potem jak gdyby nigdy nic poszła się z tobą użerać na torze wyścigowym, bo ty masz fantazję wystawiania jej w nielegalnych wyścigach – zaczął wymieniać wszystko, co tylko przyszło mu do głowy, a w Maliku rósł coraz większy podziw dla ciemnowłosej. Oczywiście nigdy się do tego nie przyzna, ale zrobiła to dokładnie tak samo, jakby postąpił on sam.

-- Teraz się zamknij, bo już ją widać. A do rozmowy wrócimy w domu – machnął na niego ręką, zakładając z powrotem kask. Usiadł na motorze i zajął miejsce na linii startu.

~*~

        Cass westchnęła ciężko, podniosła rękę, witając się w ten sposób z Louisem i nawet nie zatrzymując się obok Malika zaczęła wyścig. Dobrze wiedziała, że go tym zdenerwuje, ale nie miała najmniejszego zamiaru go oszczędzać. Strach, jaki odczuwała rano w jego towarzystwie zmienił się we wściekłość, którą jakoś musiała rozładować i wkurzanie Mulata wydało się najlepszym na to sposobem. Znienawidziła go jeszcze bardziej za to, co stało się tamtej nocy. Jakiś przypadkowy koleś, który ma zatargi nie z nią, a z Malikiem, zeszmacił ją bez najmniejszych oporów. Jej zemsta coraz bardziej obraca się przeciwko niej. Kobieta postanowiła jednak to zignorować, żeby móc dalej działać po swojemu.

         Zjechała w lewo, blokując tym samym drogę Malikowi. Szeroki uśmiech pojawił się na jej ustach. Tym razem nie da mu się tak łatwo i będzie walczyć o zwycięstwo. Chce, żeby mężczyzna w końcu przestał traktować ją jak zabawkę, z którą może zrobić wszystko, co tylko mu się podoba i nie poniesie za to żadnych konsekwencji. Udawanie grzecznej i posłusznej Cassandry zdecydowanie znudziło się szatynce. Tylko jedna rzecz się nie zmieni – za każdym razem, kiedy przydzieli Willson jakąś misję, ona wykona ją najlepiej jak tylko będzie potrafiła. Tutaj już nie chodzi o to, żeby dostać się do gangu, ale żeby pokazać mu, że musi traktować ją na równi z mężczyznami. To, że ma cycki w cale nie musi jej dyskryminować. Zaklęła szpetnie pod nosem, kiedy tylna opona zatańczyła jej na nierównym asfalcie, podczas ostrego zakrętu. Spróbowała po raz kolejny zablokować mężczyznę, kiedy tylko chciał ją wyprzedzić, ale niestety musiała znacznie zwolnić, żeby zapanować nad Hondą.

         Przygryzła mocno dolną wargę, podjeżdżając do niego najbliżej, jak się da. Chęć zwycięstwa pokonała już dawno zdrowy rozsądek. Cassie ostrym łukiem wyminęła mężczyznę i uśmiechnęła się do siebie szeroko. Niestety, ale jej radość nie trwała zbyt długo. Nie zauważyła dużego odłamku asfaltu, leżącego na samym środku trasy, przez co motor, na którym jechała, stracił przyczepność i ześliznął się z toru, przygniatając kobietę prosto do starej bandy. Cassandra jęknęła przeciągle, czując metaliczny posmak krwi w ustach. Miała cichą nadzieję, że rana na plecach nie otworzyła się po raz wtóry.

-- Nie ruszaj, może mieć coś z kręgosłupem – usłyszała przyciszony przez kask głos Louisa. Dobrze wiedziała, o czym mówi, ale nie miała zamiaru go słuchać. W końcu ostatnie słowa i tak skierował do Malika, a nie do niej.

         Starając się zignorować ból, rozpięła plastikowy przedmiot i zdjęła go z głowy, odrzucając gdzieś na bok. Kątem oka zauważyła, że mężczyźni aktualnie na nią nie patrzą. Tym lepiej dla niej. Odsunęła od siebie motor nogami i oparła ręce na trawie, podciągając się na nich z całej siły. Dopiero, kiedy maszyna zazgrzytała o twardą powierzchnie oboje zwrócili uwagę na Cass. Ciemnowłosa nie zwracała jednak na nich najmniejszej uwagi, tylko podniosła się z ziemi i wytrzepała spodnie z piachu.

-- Pojedziemy do naszego domu i Payne zobaczy, czy nic ci się nie stało – powiedział spokojnie Tomlinson, w duchu wyrażając wielki podziw dla kobiety. Nie jeden facet na jej miejscu załamałby się i przestał kontaktować, a ona jak gdyby nigdy nic stoi przed nimi bez najmniejszego skrzywienia na twarzy.

-- Nie trzeba, nie skończyliśmy wyścigu – mruknęła cicho, podchodząc do poturbowanego pojazdy i podniosła go do pionu, ciągnąc za jedną stronę kierownicy. Nie dane jej jednak było nic więcej zrobić, ponieważ poczuła mocny ból w plecach, przez co automatycznie złapała się za ranę.

-- Willson nie wkurwiaj mnie. Nie musisz grać bohaterki – syknął Malik, w ostatnim momencie łapiąc pojazd, o który oparła się Cassie.

-- Nikogo nie gram. Nic mi się nie stało, a poza tym wolę jak nie interesujesz się tym, co właśnie się ze mną dzieje – syknęła, podnosząc wzrok i patrząc niechętnie w oczy Mulata. Wszystkie mięśnie napięły mu się, a na czole pojawiła żyła. Był wściekły, bo po raz kolejny zaczęła się z nim sprzeczać.

         Nie zwracając na niego zupełnie uwagi podeszła do swojego kasku i już miała go zakładać, ale Malik w ostatnim momencie wyrwał jej go z dłoni, odrzucił na bok i mocno pocałował. Na początku nie zareagowała, tylko stała z szeroko otworzonymi oczami i rozłożonymi rękami. Jednak po kilku sekundach dotarło do niej co się dzieję. Położyła swoje dłonie na policzkach Mulata, zaczynając odwzajemniać pocałunek. Mężczyzna powędrował dłońmi do zakończenia pleców szatynki i splótł tam swoje palce. Cassandra zamknęła oczy, coraz bardziej wczuwając się w pocałunek. Jej podświadomość krzyczała, żeby odepchnęła go od siebie, ale rozsądek bardzo szybko zastąpiło podniecenie, które nakazywało zupełnie co innego. Rozchyliła lekko usta, pozwalając Malikowi pogłębić pieszczotę, z czego on od razu skorzystał, zaczynając delikatnie pieścić podniebienie kobiety swoim językiem. Tak naprawdę nie wiedział, co nim kierowało, że postanowił uciszyć ją w ten sposób. Dobrze wiedział, że Samantha nie byłaby zadowolona, wiedząc co zrobił. Jednak ona się teraz nie liczyła; została zupełnie zepchnięta na drugi plan.

-- Nie chciałbym wam przeszkadzać, ale nie przyjechaliście tutaj po to, żeby się całować – Louis z rozbawieniem pokręcił głową, kiedy szatynka odskoczyła natychmiast od jego przyjaciela i przetarła usta wierzchem dłoni.

-- Nigdy więcej tego nie rób! – krzyknęła, zaciskając ręce w pięści i spuszczając je wzdłuż ciała popatrzyła na gangstera z chęcią mordu, idealnie widoczną w oczach.

-- Oj przestań. Już raz to robiliśmy i jakoś nie za bardzo ci przeszkadzało. Zmieniło się coś od tamtego momentu? – zakpił, robiąc kilka kroków do przodu. Cassie natychmiast zaczęła się cofać, aż w końcu trafiła plecami na Louisa. Natychmiast od niego odskoczyła.

-- Bardzo dużo się zmieniło – warknęła, zamykając oczy. Czuła się, jakby w pułapce. Mężczyzn było dwóch, a ona tylko jedna. Wyrwała nadgarstek z uścisku zdziwionego Tomlinson ‘a.

-- Coś się stało? - mruknął Tommo, podnosząc wysoko jedną brew.

-- Stało się – blondynka zakryła usta dłońmi, kiedy tylko uświadomiła sobie, co powiedziała. Nie chciała, żeby Malik się dowiedział, a jego ciekawska natura na pewno nie da mu spocząć do momentu, w którym wyciągnie z nią całą prawdę.

-- Co? – mina Mulata natychmiast spoważniała, a w oczach pojawiła się ciekawość, której Willson tak bardzo nienawidziła; szczególnie u niego. Nigdy nie zwiastowała nic dobrego.

-- Nic ważnego – spuściła głowę, starając się zakryć załzawione oczy. Bała się, tak cholernie bała się tego, co się zaraz stanie. Zayn ‘owi tak odpowiedź najwyraźniej się nie spodobała, bo natychmiast do niej podszedł, złapał jej nadgarstki jedną swoją ręką, po czym podniósł głowę drugą.

-- Kto ci to zrobił? – przejechał kciukiem po dolnej wardze kobiety. Po okolicy rozniósł się odgłos odpalanego silnika motoru szatyna, który stwierdził, że najwyższa pora zostawić ich samych i zmyć się po cichu. No, wyłączając dźwięk koni mechanicznych. Cass spróbowała się odsunąć, ale Malik nie pozwolił na to. Zrezygnowana zamknęła oczy.

-- Naprawdę nic się nie stało. Po prostu się rozpędziłam, bo mnie zdenerwowałeś. Puść mnie – powiedziała na jednym wdechu, starając się zapanować nad nieznośnym drżeniem głosu, który zawsze ją zdradzał.

-- Willson nie denerwuj mnie, nie jestem głupi. Po twoim zachowaniu bardzo dobrze widać, że coś ci się stało i to na pewno nie była najprzyjemniejsza rzecz na świecie, jakiej mogłabyś doświadczyć, więc do jasnej cholery powiedz mi, co się stało, albo wyciągnę to z ciebie siłą – warknął, mocniej zaciskając dłoń na nadgarstkach ciemnowłosej. Kobieta wydała z siebie ciche syknięcie, sygnalizując tym samym, że zaczyna jej to sprawiać coraz większy ból.

-- Wtedy, kiedy zabrałeś mnie do klubu, żebym sprzedała dragi jakiemuś gościowi i powiedziałeś, że już nie jestem potrzebna. Chciałam wrócić do domu, a nie miałam ze sobą żadnych pieniędzy, więc postanowiłam wrócić na piechotę, bo ty i tak pewnie nie chciałbyś mi pomóc – mruknęła, odwracając głowę i otwierając oczy. Właśnie popełnia największy błąd w życiu i pokazuje, jak bardzo jest słaba. – Ten sam mężczyzna dopadł mnie po drodze i…

-- Nie kończ – warknął Zayn, wchodząc jej w słowo, na co spięła się w sobie. Był wściekły, można to było zauważyć już na pierwszy rzut oka. W końcu w jakimś sensie należała do niego, bo niedawno stała się członkiem jego gangu. Własności Malika nie wolno dotykać bez pozwolenia, a co dopiero niszczyć. – Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? – zapytał z żalem, puszczając swobodnie jej dłonie, ale nie pozwolił Cass się odsunąć. Położył dłoń w zakończeniu pleców kobiety i przyciągnął do siebie.

-- Po co? Żebyś wyrzucił mnie z gangu? Przecież niedawno się dostałam i od razu odnoszę uraz psychiczny. Wątpię, że chciałbyś kogoś takiego trzymać – mruknęła, czując dreszcze na całym ciele. Nie było to jednak obrzydzenie i przerażenie względem mężczyzn, a coś zupełnie innego. Nieznanego dla niej.

-- Jesteś silną kobietą, poradzisz sobie i z tym, a ten sukinsyn pożałuje – mruknął czarnowłosy, dotykając głowy Cassie, po czym pocałował ją delikatnie w czoło. Nikt nie krzywdzi osób, należących do jego gangu.

~*~

-- To jak, Samantho. Spakowałaś już wszystkie swoje rzeczy? – zakpił Louis, stając w wejściu do kuchni i oparł się o nie nonszalancko jednym ramieniem. Dłonie trzymał w kieszeniach, a na ustach pojawił mu się uśmiech tryumfu. Nienawidził tego czupiradła i nie mógł doczekać się momentu, w którym Malik w końcu się jej pozbędzie.

-- Nie rozumiem, dlaczego miałabym to robić. Przecież twój przyjaciel jest we mnie zakochany, jak kocham jego i musisz się w końcu z tym pogodzić, Louis – kobieta uśmiechnęła się sztucznie, zaczynając rozglądać nerwowo w poszukiwaniu drogi ucieczki.

-- Zakochana w Maliku, czy może dość pokaźnej sumie pieniędzy na koncie i wysokiej pozycji – prychnął, podchodząc d niej w kilku krokach. Pchnął brązowowłosą na jedną z pustych ścian, po czym oparł obie ręce przy jej głowie. – Zapamiętaj sobie to raz na zawsze. On wie, co ty chcesz zrobić i trzyma cię tutaj tylko dlatego, że czasami mu się przydajesz przy jakichś drobnych akcjach. Teraz pojawiła się Cassandra i jeśli zrobisz tej kobiecie cokolwiek więcej, niż zlecenia gwałtu, to osobiście zrobię to samo z tobą i zabiję – ostrzegł, pochylając się nad nią i wyszeptał jej to do ucha. Chciał, żeby się bała i swój cel osiągnął w momencie, kiedy poczuł, jak całe ciało Stredfield drży. Odsunął się od niej bez słowa i ruszył w kierunku swojego pokoju, żeby zapanować nad wściekłością z drobną pomocą  Jacka Danielsa.

~*~

Mam strasznie zrąbany humor, więc notka informacyjna będzie dzisiaj napisana normalnie.
W sumie to nawet nie wiem, co chcę napisać. Planuję upublicznić nowego bloga na tym weekendzie, ale pewnie wyjdzie jak zawsze - czyli całe gówno. Ale postanowiłam, że w razie jakichkolwiek ewentualności zostawię tutaj link:
http://gabrielle-raven-swann.blogspot.com/
Jeżeli ktoś chce mojego snapa: zelekzmarsa
To chyba tyle z rzeczy bardziej ważnych.
Spadam,
Jessica xx

4 komentarze:

  1. Heej, no rozdział świetny, nie przejmuj się, nie tylko ty masz dziś pojebany humor. Mnie już chyba teraz nic nie zakoczy...
    To czekam na drugiego bloga i do następnego...

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny! ♥ Akcja jest dokladnie taka jjaka chciałam. Nie mogę się doczekać nexta.Życzę weny :d

    OdpowiedzUsuń