17 lipca 2016

[00] Epilogue

‘To dobrze, kiedy człowiek zawodzi nasze oczekiwania, kiedy nie odpowiada z góry powziętym wyobrażeniom. Typowość to koniec człowieka, to wyrok na niego. Jeśli nie da się po podciągnąć pod żaden wzorzec, jeżeli nie jest typowy, to znaczy, że spełnia co najmniej połowę wymagań jakie stawia się człowiekowi. Jest panem samego siebie, zdobył już szczyptę nieśmiertelności.’ ~ Borys Pasternak „Doktor Żywago”
         Kilka tygodni później…

         Jednym z ulubionych zajęć Zayna, kiedy akurat nie miał nic konkretnego czy zaplanowanego do zrobienia, było obserwowanie przypadkowych przechodniów na zatłoczonych, miejskich ulicach. Jego słabością było uważne przyglądanie im się i zastanawianie nad tym, jakie mogło być ich życie. Nie chodziło mu o stan majątkowy. To ludzkie twarze zawsze najbardziej go intrygowały i fakt, jak bardzo łatwo można z nich odgadnąć, jak czuje się obserwowana osoba.

         Wzrok Malika przesunął się powoli po tłumie, zatrzymując się na dłużej na wysokiej blondynce, obwieszonej torbami ze znanych sieciówek. Jasne włosy nieustannie targał wiatr, powodowany przez przejeżdżające samochody. Miała przez to zasłonięte oczy, co nieudolnie starała się zmienić ręką, zajętą przez uchwyty reklamówek. W drugiej trzymała telefon, do którego cały czas coś mówiła. Już na pierwszy rzut oka można było domyślić się, że jest zdenerwowana. Zmarszczki na nosie i szybkie kroki dodawały jej postawie wściekłości. Zayn zaśmiał się pod nosem. Może i była ładna, ale za bardzo podobna do innych ludzi, znajdujących się dookoła niej. A on nie przepadał za kopiami, były zbyt nudne jak na jego gust.

         Mulat musiał przyznać, że ludzie z większych miast mieli skłonność do popadania w schematy, dyktowane przez styl ich życia, idoli czy chociażby aktualne trendy, panujące w modzie. Czasami miał wrażenie, że oni wszyscy bali się być inni niż sąsiedzi, znajomi, pracodawcy, przyjaciele… Jakby ta inność była czymś złym; wręcz nie do przyjęcia. Zayn zdążył już nie raz zaobserwować, że ludzi dobierają się w grupy, żeby spędzać czas z kimś identycznym. Ponadto nie odstępowali swoich telefonów na krok. Zawsze musieli trzymać je w dłoniach i co chwilę sprawdzali czy nie dostali jakiegoś powiadomienia, na które musieli odpisać jak najszybciej. Byli uzależnieni, chociaż mało który z nich chciał przyznać to sam przed sobą, a co dopiero przed kimkolwiek innym.

         Zayn prychnął pod nosem, czym przestraszył staruszkę, siedzącą na ławce obok. Skinął lekko głową, powstrzymując się od cichego śmiechu. Nie raz słyszał o tym jak marnuje swoje życie kradnąc, zabijając i sprzedając śmierć pod postacią narkotyków młodym ludziom. Nie jeden człowiek mówił mu, że mógłby lepiej wykorzystać czas dany mu przez Boga. On natomiast nic nie odpowiadał. Tylko w ciszy zastanawiał się, w czym taki prokurator jest lepszy od niego? Zayn przynajmniej nie był uzależniony od niczego, co stawało się jego szefem. To on był panem i władcą swojej codzienności… Nie telefon.

-- Już się przyjrzałeś? – do jego uszu dobiegł rozbawiony głos byłego przyjaciela. Kątem oka zauważył ruch obok siebie i domyślił się, że to Harry w końcu postanowił pokazać się na umówionym wcześniej miejscu. – Mam to, co do mnie przysłałeś. Doprawdy, mogłeś mnie chociaż poinformować o tym, że nawet brat Horana jest zamieszany w to wszystko. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem go w swoich drzwiach – Malik uśmiechnął się do siebie pod nosem.

-- Nie bądź śmieszny, Hazza. Oboje doskonale wiemy, że nie zgodziłbyś się, gdybym przez kilka tygodni kazał przetrzymywać ci sprzęt do wyrabiania pieniędzy – mężczyzna wzruszył beztrosko ramionami, zgniatając w palcach papierosa, o którym zupełnie zapomniał. – Masz wszystko w tym pudełku? Nie chciałbym znów przechodzić przez tą cholerną odprawę na lotnisku. Idioci opóźnili lot o prawie godzinę tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie mam narkotyków w żołądku – prychnął, przewracając oczami. Styles zaśmiał się głośno, oddając mu pudełko.

-- Jesteś zdenerwowany, bo opóźnili lot, czy dlatego że szukali ci narkotyków nie tylko w żołądku? – brązowowłosy uniósł wysoko brew, mierząc gangstera uważnym spojrzeniem. Malik zjeżył się jeszcze bardziej, dając mu tym do zrozumienia, że ma kończyć, ale i pewność, że trafił w samo sedno.

-- Nie ważne – rzucił pośpiesznie, otwierając pudełko. Uśmiechnął się szeroko, po kolei przesuwając palcem po metalowych płytkach, ukrytych pod folią bąbelkową. – Dzięki stary, że to przechowałeś. No i że pomyślałeś, zanim postanowiłeś wysłać to pocztą. Gdyby jakimś cudem odkryli, że to ja ukradłem i te zabawki, znowu wysłaliby za mną masę listów gończych. Na razie podoba mi się moja wolność – po tych słowach zamknął z powrotem opakowanie i zapakował je do czarnej, nieprzezroczystej reklamówki, którą wydobył z kieszeni czarnego, eleganckiego płaszcza, który postanowił na siebie założyć.

-- Nie ma za co. W końcu jednym z powodów, dla których opuściłem gang było uwolnienie cię od ciągłego kłamania, kiedy nazywałeś siebie najmądrzejszym ze wszystkich – odparł spokojnie Harry, wsuwając dłonie do zimowej kurtki. Zayn spojrzał na niego i zmierzył całą jego sylwetkę nieprzeniknionym spojrzeniem.

-- Wiesz, że… - zaczął, przerywając w momencie, kiedy na twarzy dawnego przyjaciela rozciągnął się zmęczony uśmiech.

-- Wiem, jednak nie zamierzam korzystać z twojej propozycji powrotu. Owszem, przyjemnie było sobie przypomnieć stare czasy, ale mówiłem ci. Mam rodzinę, nie tak dawno urodził mi się zdrowy syn i to na tym chciałbym się teraz skupić. Nie chcą narażać ani narzeczonej, ani jego na niebezpieczeństwo, łączące się z moim powrotem do gangu – Styles odwrócił wzrok na ulicę, pokrytą niewielką warstwą śniegu. Wiele osób było zdziwionych nawet taką ilością. Śnieg w Berlinie raczej nie występował.

-- Rozumiem cię. Ale jak już będziesz gdzieś w pobliżu Los Angeles, albo Nowego Jorku to wpadnij do nas. Chłopaki też chcieliby z tobą porozmawiać – zrezygnowany Mulat podniósł się powoli z ławki. Nasunął na dłonie skórzane rękawiczki i zaczął się powoli wycofywać do swojego samochodu.

-- Wy też wpadnijcie. Victor ucieszy się, kiedy pozna wszystkich swoich wujków. Najlepiej żywych i ze wszystkimi częściami ciała – Zayn roześmiał się szczerz, kręcąc z rozbawieniem głową. Tak bardzo brakowało mu tych momentów w ostatnim czasie. Skinął po raz ostatni głową – ni to na pożegnanie, ni na zrozumienie słów Harry’ego – odwrócił się na pięcie, wsiadł do samochodu i odjechał prosto na lotnisko.

~*~

         Louis półleżał na hamaku, rozwieszonym między dwoma drzewami. Przed nim rozciągał się widok na błękitny ocean, przy którym spokojnie spacerowali ludzie wraz ze swoimi rodzinami. Słońce zaszło już jakiś czas temu, chowając się za horyzontem, aby dać dzień ludziom, zamieszkującym drugą półkulę. Ciepły wiatr smagał jego nagie plecy. Odruchowo mocniej naciągnął koc na drobną dziewczynę, która spała słodko z głową, ułożoną na jego piersi. Uśmiechnął się do siebie, składając drobny pocałunek na jej włosach.

-- Louis? – Denise poruszyła się niespokojnie, otwierając powoli oczy. – Co się stało? I gdzie my tak właściwie jesteśmy? – podniosła głowę, rozglądając się uważnie dookoła. Zrezygnowana, opadła z powrotem na swoje miejsce. Zmarszczyła zdziwiona brwi, czując wibracje pod głową, spowodowane cichym śmiechem jej chłopaka. – Nie nabijaj się głupku, ostatnie co pamiętam to nasz spacer na molo – mruknęła oburzona, dźgając go lekko palcem w żebra.

-- Bo to faktycznie jest ostatni moment, w którym jeszcze jako tako kontaktowałaś – mężczyzna złapał za róg koca, z powrotem naciągając go dziewczynie na ramiona. – A jesteśmy dalej w Los Angeles, z tą różnicą, że teraz leżymy na hamaku przy plaży pod kocem, na którym mieliśmy jeść truskawki. I to tylko ja miałem leżeć, a ty mnie karmić – Louis uniósł brew z udawanym oburzeniem, nawet na chwilę nie spuszczając spojrzenia z blondynki. Denise zmarszczyła zdziwiona nos.

-- Nie wierzę, że aż tak bardzo się upiłam – powiedziała od razu, obejmując szatyna ręką w pasie. Wtuliła się w jego bok, automatycznie wręcz chowając twarz w zagłębieniu między jego szyją a ramieniem i zaczęła chuchać mu w skórę ciepłym powietrzem, powodującym przyjemne dreszcze na całym ciele.

-- Bo tak nie było – odparł od razu, zaczynając spokojnie gładzić ją dłonią po plecach. – Owszem, byłaś wstawiona i powoli zaczynałaś tracić kontakt z rzeczywistością, ale jakieś dzieci podbijały piłkę i dostałaś nią w głowę.
- I dlaczego nie poszedłeś do domu? – Blake zamknęła oczy. Powoli przypomniała sobie czas spędzony z Louisem na molo. Kilometry, które musieli pokonać, żeby do niego dotrzeć sprawiły, że poczuła się senna.

-- Bo twoja siostra i mój przyjaciel za wszelką cenę postanowili zrobić sobie z niego miejsce do wiecznego kopulowania, a Niall nieustannie z tym walczy. Mam ich dość Denise, zostańmy tutaj na noc, a jutro pojedźmy w cholerę i wróćmy dopiero jak Malik wpadnie na kolejny, genialny pomysł jak zniszczyć sobie wolność – Tomlinson schował nos we włosach swojej dziewczyny, wzdychając cicho. Spuścił powieki, mocniej ją do siebie przytulając.

-- Pod jednym warunkiem – zastrzegła od razu dziewczyna. Ziewnęła cicho, zasłaniając dłonią usta. – Ty powiesz o tym Amandzie. Ja nie mam zamiaru przerywać jej kopulowania z Liamem.

~*~

         Nowy Jork był miastem, w którym wszystko się zaczęło. To tutaj Cassandra popełniła swoje pierwsze błędy i to właśnie tutaj postawiła wszystko na jedną kartę – zemstę. Z czasem przekonała się jak bardzo źle postąpiła. Już na początku wiedziała, że nie ma szans w starciu z Malikiem, a mimo to postanowiła zaryzykować. Działała, chociaż nie do końca wiedziała, co robi. Kierował nią instynkt, który zdecydowanie mogła porównać do zwierzęcego. Liczyła się tylko chęć mordu i pokonania obranej wcześniej ofiary.

         Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Mimo wszystko, nie mogła zaliczyć tego czasu do całkiem straconych. W końcu udało jej się nie raz udowodnić bandzie facetów, że kobieta może być im równa. Zachwiała też równo poukładany świat Zayna, wdzierając się do niego i burząc wszystko po kolei. Nigdy nie sądziła, że ktoś taki jak on może współczuć, a co dopiero kochać. Ale zrobił to, zakochał się właśnie w niej.

         Prychnęła pod nosem, zaciskając dłonie na rękojeściach kuli, na które była skazana jeszcze przez bardzo długi okres czasu. To wszystko wydawało jej się tekstem marnie napisanego romansu, w którym to dwójka wrogów na przekór wszystkim i wszystkiemu chce być razem. To nie był scenariusz dla niej. W jej życiu musiało się coś dziać. Stali partnerzy nie są dla niej.

-- Uroczo wyglądasz z tymi kulami, Willosn – przewróciła oczami, słysząc za sbą niski, męski głos Malika. Odwróciła się powoli i popatrzyła na niego. Zdziwiła się, kiedy zrozumiała, że ma na sobie czarny, elegancki płaszcz. Nie spodziewała się kiedykolwiek zobaczyć go w takim wydaniu. – Jak żebra? – zamyślona, nie zauważyła, kiedy podszedł do niej w zaledwie kilku krokach.

-- Jakoś się trzymają – wymusiła lekki uśmiech, uciekając od niego wzrokiem. Odwróciła się powoli z powrotem w kierunku panoramy miasta. Musiała przyznać, że ponowne przebywanie na Brooklińskim sprawiało jej nie małą przyjemność. – Podobno nie były bardzo uszkodzone. Zemdlałam, bo straciłam dużo krwi, ale nie przejmuj się, już dochodzę do siebie – wzruszyła lekko ramionami. Czuła jego palący wzrok na plecach.

-- Stało się wiele i dobrze o tym wiesz – westchnął ciężko. Spokojnym krokiem przeszedł naprzeciwko niej i spojrzał na nią uważnie. – Poświęciłaś się dla mnie i prawdopodobnie żyję tylko dzięki tobie. Daj mi się jakoś za to odwdzięczyć. Wiem, że pani policjant wolałaby…

-- Nie jestem już panią policjant – wtrąciła mu się. W przypływie dziwnej odwagi podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy, które wyjątkowo pokazywały dokładnie to, co w tamtym momencie czuł ich właściciel. – Zrezygnowałam z pracy kilka dni po tym, jak wybudziłam się ze śpiączki. Prawdę mówiąc nigdy nie chciałam tam pracować. Liczyła się dla mnie tylko zemsta za to, co zrobiłeś mojej siostrze. Kiedy to nie możliwe nie widzę sensu ciągnięcia tej szopki dalej – wzruszyła obojętnie ramionami. – Chce to wszystko zakończyć, dlatego zgodziłam się na spotkanie.

         Zayn przez dłuższą chwilę milczał, przyglądając się kobiecie stojącej przed nim. Miał wrażenie, że jeszcze nigdy nie miał jej tak blisko siebie, chociaż nie raz znajdowali się w znacznie intymniejszych sytuacjach, Przypomniał ją sobie, kiedy praktycznie umierała na jego rękach w niemieckim banku. Była taka krucha i jednocześnie odważna, kiedy przyjęła strzał za niego, chociaż to on był mężczyzną.

-- Chodź ze mną Willson – odezwał się w końcu, a jego głos brzmiał, jakby właśnie wrócił z odległej podróży czasoprzestrzennej. – Nie obiecuję, że to wszystko się uda, ale chodź ze mną. Zakończ to, co było, jeżeli musisz. Ale pozwól mi pomóc ci zacząć wszystko do nowa – Cassie spojrzała na niego zdziwiona. Zastanowiła się przez chwilę nad jego słowami.

-- Chcesz, żebym wstąpiła do twojego gangu? – uniosła wysoko brew. Po wypowiedzeniu tych słów na jej twarzy pojawił się wyraz głębokiej konsternacji. – Jaką mam pewność, że mnie nie zabijesz?


-- Chcę, żebyś do niego wróciła. Mów co chcesz, wiem że kiedy myślałaś, że masz do czynienia z Danielem robiłaś wszystko, żeby moi ludzie dalej trzymali się ze sobą – uśmiechnął się pod nosem. – Nie daję ci żadnej gwarancji na nic, aniołku. Jak już powiedziałem nie mogę ci obiecać, że wszystko pójdzie po naszej myśli, bo jutro jest jedną wielką niewiadomą, ale przecież zawsze możemy spróbować. Co ci szkodzi? I tak nie masz żadnego pomysłu na siebie – ułożył powoli rękę na jej ramionach i wolnym krokiem ruszył przed siebie prosto w miejski busz. Cassandra zaśmiała się radośnie, spoglądając na niego roziskrzonymi oczami. I poszła z nim, zastanawiając się, jak wiele niespodzianek przyniesie jej ta niewiadoma, o której wspominał.

~*~
Trudno mi kończyć to opowiadanie, ale jak się powiedziało A to trzeba dojść do końca alfabetu.
Serdecznie pozdrawiam was z okolic Augsburga - tak, tego w Niemczech na Bawarii. Jestem tu od kilku godzin i chcę wam powiedzieć, że nie warto łatwo rezygnować z marzeń. Już raz byłam w Niemczech, co prawda na drugim końcu, ale chciałam tu cholernie mocno wrócić i proszę - o to jestem i kradnę Internet nowemu znajomemu (legalnie kradnę, proszę państwa - sam podał mi hasło!). Już wiem, że mnie kocha.
Za chwilę dodam jeszcze podsumowanie tego wszystkiego, ale błagam, proszę i żebrzę na kolanach - niech każdy, kto czytał opowiadanie skomentuje ten epilog chociaż kropeczką. Albo na Twittrze z hasztagiem #TQWBff . Chcę mieć pewność, że to wszystko nie sen i że doszłam tak daleko z tym opowiadaniem, które z pewnych przyczyn jest dla mnie bardzo ważne. Z góry wielkie, wielkie dzięki dla łaskawych
Do zobaczenia za chwilę.

4 komentarze:

  1. Dziękuję za wszystkie rozdziały!!!
    Były niesamowite!!
    Czekam na inne równie dobre fanfiction's!!!!

    Claudia xxx.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za to wspaniałe opowiadanie :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam zakończenie już któryś raz i nie rozumiem, że to już koniec.
    Wspaniałe opowiadanie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowite opowiadanie ❤❤❤����

    OdpowiedzUsuń